Home
O moich początkach w spadochroniarstwie słów kilka .. PDF Print E-mail
Written by Rafal Burek   
Saturday, 21 February 2015 12:37

Nie mam zamiaru tutaj kogokolwiek namawiać do skoku lub zgrywać eksperta, którym nie jestem. Raczej traktuje ten artykuł jako obraz tego jak dla mnie zaczęło się spadochroniarstwo i jak ja je odbieram. Dlatego jeśli odpalę jakąś głupotę to mam nadzieje, że mnie od razu poprawisz :)

 

Swoja historię skoków rozpocząłem w Liceum Lotniczym w Dęblinie (rok bodajże 1998) gdy to w drugiej klasie „przysługiwało” ludziom z lotną kategorią zdrowia szkolenie spadochronowe. Rok wcześniej latałem na szybowcach, więc o tym czym jest latanie miałam trochę pojęcia ale tutaj forma obierania bodźców jest zupełnie inna. W szybowcu siedzisz w kabinie w której ilość ruchów jest ograniczona, a od powietrza oddziela Cie przeźroczysta „plexi”. Co najważniejsze, doznanie jest o wiele bardziej rozłożone w czasie (no może poza startem gdzie życie pilota i twojego instruktora również spoczywa w twoich rękach). W skokach "na linę" które wykonywaliśmy, spadochron chowany był w pokrowcu przymocowanym za pomocą liny do samolotu. Po wyskoczeniu z aeroplanu, spadochron wysuwał się po prostu z niego i po sprawie. Skoczek musiał odliczyć od 120 do 125, spadochron jest, to lecimy gdzie nas wiatr zaniesie, spadochronu nie ma, ciągniemy zapas. Z samego procesu szkolenia najbardziej zachowałem w pamięci zdziwienie, gdy powiedziano nam że spadochrony składamy sami. Nagle okazało się że w wieku 16 lat muszę wziąć życie w swoje ręce, dobrać sobie partnera z którym nawzajem będziemy sobie pomagać. Oczywiście instruktorzy sprawdzali najbardziej krytyczne elementy takie tak ułożenie linek, wplecenie ich i zapięcie pokrowca, ale cała reszta już należała do nas. Miałem wrażenie, że pierwsze ułożenie zajmuje całe wieki, szczególnie, że jeszcze nie widziałem jaki będzie efekt końcowy, otworzy się czy się nie otworzy … :)


Siedząc jeszcze w samolocie przewijałem w myślach tą układne, czy na pewno wszystko zrobiłem jak potrzeba. Wydaje mi się, że to właśnie była jedna z najważniejszych lekcji mojego życia. Znalazłem się w tym samolocie z pokrowcem na plecach wypełnionym materiałem, goniąc za czymś, czego nie rozumiałem, ale przekonanym, że chcę to zrobić. Tak oto po raz pierwszy życiu uderzył mnie piorun i namaścił piętnem odpowiedzialności. Chcę żyć i cieszyć się życiem, ale żeby to robić musiałem dalej żyć. Więc jedynym wyjściem, jakie mi pozostało to myśleć o tym jak być bezpiecznym. Szkoda że nie trwało zbyt długo …

 

Sam skok w formacji, w której masz po prostu wyskoczyć za swoim poprzednikiem redukował strach przed spojrzeniem na dół. Tylko ta wysokość była niezbyt duża (~800m) więc ciśnienie we krwi dawało się odczuć w grającym techno sercu. Nie udało mi się z tego wszystkiego wiele zapamiętać, pozycja podczas otwarcia nieznana, odliczanie przyspieszone, ale najważniejsze że spadochron otwarty. Lot był spokojny i niezaburzony, ja mogłem podglądać sobie widoczki. Ponieważ nie trwał on zbyt długo to zaraz trzeba było przygotować się do lądowania, a że nogi miałem na „ pełnym zakwasie” to ugiąć się musiały. Na moje nieszczęście miałem okazje to przetestować próbując lądować z łóżka piętrowego tego samego dnia rano. Był to wynik ekstremalnie ciężkiego treningu wysiłkowego dzień wcześniej, gdzie przez prawie 3 godziny kazano nam skakać, kicać, pompować a nawet pełzać na końcu, wszystko po to by się upewnić, że nogi się ugną :) Najlepsze jest iż nikt o tym nie powiedział, poprostu mieliśmy to zrobić i tyle … te wojskowe podejście :) Nogi się ugięły, lądowanie pod wiatr udane i nowość, zastrzyk adrenaliny, moc mi nie znana, a pozwalała przenosić góry. Gdyby jakaś znajdowała się dość blisko to na pewno bym spróbował :) Najlepsze w tym wszystko było to, że człowiek chwile przed siedział w samolocie myśląc o różnych rzeczach walcząc ze strachem, a tu nagle jestem gotowy brać jakikolwiek inny spadochron i wsiadać tam znowu. Strach obecny w całym tym procesie, począwszy od decyzji „ tak chcę skoczyć” aż do samego wylądowania był nie lada wyzwaniem i moim zdaniem jest pozytywnym aspektem spadochroniarstwa. Z jednej strony nie zaprasza do siebie ludzi, którym bądź jest to do niczego nie potrzebne (znaczna większość) by cokolwiek ryzykować, bądź dowiadują się że strach ma tak „ wielkie oczy” że nie ma sensu z nim konkurować (moim zdaniem słuszny wybór, strach spełniania swoje zadanie, po to został stworzony w procesie ewolucji :)). Z drugiej, dla tych, którym ciągle mało wrażeń, strach sprawia że jesteśmy bezpieczniejsi. W moim przypadku zastanawiam się po kilka razy czy robię to dobrze podczas składania spadochronu i nie opuszczam ćwiczeń sytuacji awaryjnych, bo to ma być odruch. W tym wszystkim kieruje się strachem, że coś może pójść nie tak. Przekierowanie tego uczucia z obezwładniającego moje poczynania, musiałem nauczyć się wykorzystywać je do czegoś pożytecznego. Myślę, że decyzję czy to jest pożyteczne czy nie pozostawię już czytelnikowi :) Oczywiście dla ludzi którzy nie czują strachu spadochroniarstwo nie jedynym sportem w którym może się sprawdzić, dla mnie jest ważne by nie robił tego w obrębie mojej działalności. W moim przypadku strach osiągnąć punkt kulminacyjny drugiego dnia skoków, gdzie myśli w głowie stawały się strumieniem informacji niszczącą wszelaki przekaz i powodował bezruch. Siedząc w samolocie, gdy samoistna egzekucja wydaje się nieunikniona, kolejna niespodzianka. Wcześniej, gdy oglądałem filmiki o medytacji czy samokontroli zawsze wszystko zaczynało się od oddechu. I nigdy wcześniej to nie działało, przynajmniej nie w aż tak wielkim wymiarze jak tutaj, siedząc w samolocie i czekając na skok. Dopiero wtedy odczułem, że unormowanie najbardziej podstawowej czynności którą człowiek wykonuje by przeżyć każde następne 5 minut, nadaje rytm wszystkiemu w moim organizmie. To jakby sztucznie nadawanie tempa dla serca, pozwalające odciąć się od tego potoku myśli i zacząć od nowa. Na początku ten reset jest raczej nie działająca pętla, którą trzeba ćwiczyć, ale z czasem staje się naprawdę pożytecznym narzędziem. Każdy dzień jest inny, jednego dnia mamy świetny nastrój i nic nam nie jest w stanie go zaburzyć a innego, jesteśmy całkowicie rozkojarzeni i na starcie nic do siebie nie pasuje. Taka stymulacja jest najbardziej naturalną z możliwych czynności by w chwili, gdy potrzeba wziąć się w garść, jakoś zareagować. Dla tych którym to pomaga polecam utwór PONO "Oddech":

 

Sielanka nietrwała zbyt długo, bo tego samego lata „pożyczyłem” spadochron od kolegi tuż przed wejściem do samolotu, o którego „układce” wiedziałem tylko tyle ile powiedział mi jej autora. Szkolenie o jego użytkowaniu otrzymałem, ale wtedy cieszyłem się, że taki fajny i lekki. 25 minut później ciągnęłam zapas i musiałem poradzić sobie z dwoma spadochronami o zupełnie innych budowach …. To doświadczenie powstrzymywało mnie od skakania na kolejne 12 lat. Dla mnie najważniejsze jest to że po tylu latach udało mi się wrócić i wygrać z tym paraliżującym strachem :)

Z moim instruktorem (Iwan) po skonczonym kursie AFF (source : http://www.skokiwhiszpanii.pl/)

 

Z moim instruktorem (Iwan) po skończonym kursie AFF (source : http://www.skokiwhiszpanii.pl/)

Last Updated on Saturday, 21 February 2015 20:51
 

Add comment


Security code
Refresh

Banner
Joomla 1.5 layout, cheap business hosting.